Poniedziałkowe zakupy.



 Poniedziałek to dla większości dzień ciężki i niezbyt optymistyczny. Dla poprawy humoru weszłam dzisiaj do osiedlowej drogerii do której mam 5 minut drogi, a rzadko tam bywam.  Podeszłam do szafy Eveline, a swoją drogą to strasznie ciężko u mnie znaleźć ich produkty. W Rossmannie ich nie ma, w Lobo też jakoś nie zauważyłam. Ogólnie słabo z ich dostępnością, a szkoda. Ich lakier były moimi pierwszymi, więc darze je sentymentem. 
Przechodząc do rzeczy, kupiłam cztery lakiery w pastelowych kolorach, które tak mnie wołały, że nie mogłam sę oprzeć. Miałam ochotę na jeszcze trzy inne, ale wolę sprawdzić jak te się sprawdzą. Kolory mają niesamowite!



Pierwszy z numerem 806 czyli takie ciemne wydanie koloru łososiowego, ale do różu mu daleko. Ma w sobie delikatne mieniące się drobinki. Drugi z 496 kolei to typowy nudziak, taka kawa z mlekiem, ale z większą ilością mleka, tak jak lubię.  



Trzeci z nowych nabytków to numer 806, piękna kremowa mięta. Moim zdaniem mięta idealna. Natomiast ostatni, ale równie polubiony przeze mnie do lakier z numerem 811, którego opisać nie potrafię, bo nie jest t taki typowy błękit, na smerfowy kolor też jest za spokojny, głos obok określił to jako błękit Turnbulla, więc niech tak będzie.


Szkoda, że lakiery oprocz numerów nie mają swoich nazw.


Na samym końcu moim oczom ukazały się pomadki w płynie, znane jako Tinty.

 
Nie miałam jeszcze produktu tego typu, dlatego  za te 9 zł postanowiłam spróbować.  Kolorów jakoś nie było wiele, ale wybrałam najbardziej żarówiasty  z numerem 117.


Poniedziałek uważam za udany. Zakupy były, pan listonosz też. O właśnie, dostałam dziś kosmetyki MeMeMe do przetestowania, ale pokażę je jutro.

Udostępnij ten post