Łososiowy Pan tu i tam....

  To weekendowanie trochę wybiło mnie z blogowania i przyznam, że ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę to pisanie tutaj, ale wiem, że jak sobie odpuszczę to zrobi mi się znowu zastój tutaj i gorzej będzie mi ruszyć do przodu.  Dlatego bez zbędnego gadania przedstawię Wam pana łososia z Marizy.

Cień jak reszta cieni z tej firmy znajduje się w plastikowym okrągłym, odkręcanym opakowaniu. Trochę mnie do odkręcanie wkurzało, ale przyzwyczaiłam się. Jest to satynowy cień w kolorze łososia, ale w katalogu wydawał mi się być troszeczkę inny.

Cień ma nieco za suchą konsystencję przez co jest znacznie gorzej napigmentowany niż jego matowi bracia o których pisałam tutaj.

 Nie zmienia to jednak fakty, ze kolor sam w sonie mnie się podoba. Lubię nakładać go na mokro, wtedy kolor jest intensywniejszy. 
Cień nie ma typowego satynowego kończenia z jakim się spotykałam, ma delikatną błyszczącą poświatę, jednak nie jest to chamski brokat. 
No powiece utrzymuje się do 7 godzin, nie osypuje się i dobrze wspołpracuje z innymi cieniami.  

  Ostatnio jest to mój ulubiony i jedyny cien jaki noszę. Przez upały mój makijaż ograniczam do minimum. Bardzo go lubię i podoba mi się jego kolor mimo, że do łososia troszeczkę mu brakuje

Udostępnij ten post