STYCZNIOWE L♥VE !

  Od początku roku miała pewien pomysł, a w zasadzie postanowienie, ale tego słowa akurat nie lubię. Nie jestem osobą, która lubi spisywać sobie co chce zmienić i zrobić w nowym roku. Dla mnie takie postanowienia są kiepskim pomysłem i w sumie jak ktoś chce cos zmienić, coś zrobić to pewien zacząć od teraz, uczynić dany moment tym odpowiednim. Od dawna chciałam wprowadzić na bloga  podsumowania miesiąca, takich ulubieńców, chociaż tego słowa nie lubię, stad też nazwa „styczniowe love”. Mamy dziś pierwszy dzień lutego, dlatego od rana myślałam co w poprzednim miesiącu używałam najczęściej i co sprawdziło się najlepiej. Liczba siedem uważana jest za szczęśliwą, więc na dobry początek poszłam za ciosem i wybrałam siedem ulubionych kosmetyków stycznia.  




Dr Irena Eris  sferyczny peeling oczyszczający. Do pielęgnacji codziennej peeling idealny. Nie podrażnia skóry, nie  zapycha jej i nie wysusza. Doskonale oczyszcza twarz, przy regularnym stosowaniu pory są mniej widoczne, a i na buzi pojawia się mniej niedoskonałości. Po jego użyciu buzia, aż piszczy, ale mimo to nie jest ściągnięta.



Bourjois CC krem. Z tą firma moja buzi lubi się zdecydowanie najbardziej. Podkłady Bourjois to moi ulubieńcy. Ten krem CC szybko pokochałam. Pięknie pachnie, ma bardzo lekka konsystencje. Dobrze rozprowadza się na twarzy, przy czym nawilża ją i kryje niedoskonałości. Krycie określiła jako średnie, bo przy wklepaniu drugiej warstwy tam gdzie potrzeba nie muszę używam korektora. Przypudrowany trzyma się 6-7 godzin co na moja mieszanką cerę jest wyczynem! Używając go mam wrażenie, że pielęgnuję skórę i jednocześnie dobrze wyrównuję koloryt. Na większe wyjścia sprawdza się także jako krem pod inny podkład. Próbowałam na niego nakładać podkład Bourjois 123 i wtedy buzia jest jak z photoshopa.



L`oreal lumi magique. Ten korektor to zdecydowanie najlepszy jaki miałam. Dobrze kryje Since po oczami przy czym nie obciąża tej strefy i nie wysusza. Pod podkreśla i nie wchodzi w zmarszczki. Przypudrowany trzyma się cały dzień. Daje bardzo ładny rozświetlony efekt pod oczami.





Virtual cienie o powiek nr 151. Dzięki nim powróciłam do drobinowych cieni. Są całkiem dobrze napigmetowane, trzymają się cały dzień i nie zbierają w załamaniu czy kącikach oczu. No i co najważniejsze bardzo ładnie wyglądają na powiekach.


Maybelline eye studio Lasting drama. Od zelowych eyelinerów uciekałam od zawsze. Ten jest w sumie moim pierwszym o tej konsystencji. Podoba mi się jego konsystencja. Jest bardzo kremowy, dlatego ładnie sunie po powiece, ale i szybko an niej zastyga przez co nie odbija się. Trzyma się cały dzień i absolutnie nie wędruje po powiece. Dodatkowym plusem jest pędzelek z zestawu, który mi ułatwia pracę i z nim kreska wychodzi mi bardzo dobrze.

 


Furless pędzle do blendowania. Nie spodziewałam się, że będzie on aż tak dobry. Doskonale blenduje cienie w załamaniu i kąciku zewnętrznym. Z nim mam wrażenie, że makijaż oka robi się sam. Myje go codziennie i włos mu nie spadł żadem, nie farbuje ani nie odbarwił się, a no i trzyma kształt cały czas.


Lovely snow dust piaskowy lakier. Nie lubię tego wykończenia, ale ten zrobił na mnie takie wrażenie, że brak mi słów. Wygląda cudownie, uroczo, genialnie i kocham go strasznie! Jedna grubsza warstwa i ładnie kryje przy czym szybko wysycha i trzyma się tydzień. Jak na takie wykończenie dobrze się zmywa. Nie powiem o nim nic złego, ideał!

Udostępnij ten post