Jakiś czas temu miałam możliwość wybrania sobie kilku produktów do przetestowania z internetowej drogerii  Wispol. Mój wybór padł głównie na kosmetyki, które kusiły mnie od dawna, ale dostać było mi je ciężko. Przesyłka dotarła do mnie szybko, ale z postem zeszło mi się strasznie długo za co należałoby mi się porządne lanie. 


Podkład matujący Pierre Rene był na mojej zachciankowej  liści od dawna. Wybrałam najjaśniejszy odcień czyli 010 Ivory i jest on znacznie za ciemny, dlatego łączę do z innym jaśniejszym podkładem. Sam w sobie bardzo dobrze rozprowadza się na twarzy, ma średnie krycie, dzięki czemu nie muszę używać korektora. Daje ładny matowe, a raczej satynowe wykończenie, ale ma tendencje do podkreślania skórek. Przypudrowany trzyma się 6-7 godzin.



Ingrid była to jedna z pierwszych marek jakie zaczęłam używać i wciąż wracam do ich podkładów. Tym razem chciałam spróbować pudry sypkiego. Jest bardzo dobrze zmielony, strasznie się pyli, ale to często zdarza się przy tego typu produktach. 


Matuje na jakieś 4-5 godzin po czym skóra zaczyna się błyszczeć, ale nie jest to jakiś straszny widok i mnie osobiście taki lekki blask bardzo się podoba. Puder nie zatyka porów, czego strasznie się bałam.


Korektor w płynie Gosh to był strzał w ciemno, kolor najjaśniejszy jest naprawdę jaśniutki w dosyć neutralnej tonacji. Ma treściwą konsystencję, dzięki czemu całkiem dobrze kryje, ale też bardzo szybko zastyga, więc trzeba się ruszać podczas aplikacji. Przy zbyt dużej ilości może zbierać się w załamaniach czy zmarszczkach. Ogólnie rzecz biorą sam w sobie jest to dobry korektor, ale opakowanie ma tragiczne. Wszytko się z niego ściera, produkt wolno wpływa z pędzla, co jest bardzo upierdliwe. 




Cienie do powiek Pierre Rene maja dosyć sporo pozytywnych opinii, wiec byłam ich ciekawa. Kolor jaki mam to lekko fioletowe sreberko. Cień jest dobrze napigmentowany, świetnie nakłada się go na powiekę i dobrze współpracuje z innymi cieniami. 



Cień dobrze utrzymuje się na powiekach zarówno  z bazą jak i bez, nie zbiera się w załamaniu i nie osypuje. 


Essence eyliner w żelu, wybrałam go , bo akurat mój dawny złoty liner się kończył. Ten gdyby nie okropny roztrzepany pędzelek byłby idealny. Do pełno kryjącej kreski potrzebujemy dw ich warstw, ale to standardowe przy takich eylinerach. Lubię taki złoty akcent przy makijażu codziennym aby rozświetlić spojrzenie i w tym ten produkt spisuje się doskonale.




Tusz do rzęs Gosha był niespodzianką i nie wiedziałam czego mogę sie spodziewać. Ma bardzo podobna szczoteczkę do tuszu z Oriflame.  Dobrze rozdziela rzęsy, podkręca, ale tylko delikatnie wydłuża. Szczoteczka jest dosyć ostra, wiec trzeba z nią delikatnie. Sama na początku dziobałam się nią przy każdej aplikacji. Podoba mi się, że dobrze dobrze rozdziela i podkreśla dolne rzęsy.



Dostałam także wypełniacze do ust z DermoFuture, które mają je rzekomo powiększyć. Niczego takiego nie zauważyłam. Moje usta totalnie na nie nie reagują, nie czuje też mrowienia ani chłodzenia, a przy takich preparatach powinno się to pojawić. Lubię je jednak aplikować na matowe pomadki w celu nadania im połysku i tak sprawdzają się dobrze. Tint z Bell kusił mnie od wielu miesięcy.  Bardzo podoba mi się pomarańcz na ustach i za kolor to ja bardzo lubię ten produkt,a le na tym koniec plusów. Nie podoba mi się, że wysusza usta, po kilku godzinach wygląda maskrycznie na ustach. 





















Udostępnij ten post