piątek, 25 lipca 2014

Make me bio beautiful face?


   Lubię dawać drugą szansę i to zarówno ludziom jak i kosmetykom. Czasem,a raczej dosyć często zdarza mi się na tym przejechać, ale cóż.. Krem z make me bio zagościł i mnie już dobrych kilka miesięcy temu. Jako posiadaczka mieszanej cery z tendencję do niedoskonałości, zapchanych i rozszerzonych porów zdecydowałam się na wybór kremu do takowej cery. 


Opis producent brzmi świetnie:


Krem przeznaczony do walki z niedoskonałościami skóry. Zmniejsza zaczerwienienia i zapobiega błyszczeniu. Olejek drzewa herbacianego łatwo przenika przez skórę i pomaga w walce z bakteriami beztlenowymi wywołującymi zmiany trądzikowe. Krem polecany jest również pod makijaż. Dzięki lekkiej konsystencji krem szybko się wchłania, zapewniając komfort problemowej skórze.

ale jak słowo daję każda obietnica okazała się w przypadku tego kremu totalną bzdurą!



Krem ma niby lekką konsystencje, ale po nałożeniu nawet minimalnej ilości wałkuje się na twarzy i przez dobrych 10-15 minut wchłania się i wchłania. Pozostawiając przy tym skórę nieprzyjemnie lepką. Nie wiem cy tylko ja mam z tym problem, ale za nic nie umiałam rozprowadzić tego kremu, bo mazał się i mazał...Miał nadawać się pod makijaż, ale ten kto to wymyślił chyba nie próbowałam tego robić. Po pierwszy większość podkładów nakładanych palcami, pędzlami czy też gąbeczką ślizgały się na twarzy. Po drugie i chyba najważniejsze jeśli już jakimś cudem nałożyłam podkład, puder, róż i bronzer to po godzinie-dwóch miałam takie plamy na twarzy jak chyba nigdy, nawet gdy zaczynałam się dopiero malować. 

Krem miał zapobiegać błyszczeniu się skóry, a w moim przypadku błysk był jeszcze większych niż zwykle. Pod makijaż krem okazał się być totalnych niewypałem, dlatego zaczęłam używać go na noc. Tutaj też pojawiły się komplikacje, bo rano moja twarz wyglądała jakbym się jakimś olejem wysmarowała. Przez pierwszych kilka dni pojawiały się drobne krostki, ale mogłam to jakoś przeboleć. Niestety moja cierpliwość się skończyła po przeszło dwóch tygodniach, gdy na mojej twarzy pojawił się bolące podskórne grudki. Odstawiłam krem i ponad miesiąc leczyłam buzię. Kilka dni temu przypomniałam sobie o tym kremie i....I nałożyłam go kilka razy, a na mojej twarzy znowu pojawiły się grudki. Koniec końców krem totalnie mnie rozczarował i więcej szans nie dostanie. Zużyłam go ponad połowę i już nigdy więcej nie planuję tego robić.


Udostępnij ten wpis

9 komentarzy :

Zakochanakochanka pisze...

A jak widziałam go kiedyś na instagramie u Ciebie to chciałam kupić... Dobrze że tego nie zrobiłam :D

jamapi pisze...

To się zgrałyśmy :D
Ze spostrzeżeniami nawet :D

Kosmetykoholizm pisze...

Ha ha - to samo pomyślałam jak czytałam :)
Widzę, że nie za bardzo się u obu z Was sprawdził.

Ja mam Featherlite i jestem zadowolona :)

Anna Niezgódka pisze...

ooo totalny niewypał :/

Catalina pisze...

szkoda, że z niego taki nie wypał.

Kasia Szewczyk pisze...

Ooo szkoda, że taki niewypał ;]

Anonimowy pisze...

Ja mialam kilka próbek i faktycznie on się słabo wchłania. Od makijaż jest zbyt tłusty i podkład jest klapą.

Ola pisze...

O rany, totalnie nie dla mnie.. Ja już w ogóle jestem "tłuściochem" na twarzy, więc krem by nie przeszedł:\

http://www.fryzomania.pl pisze...

Taki specyfik, to na pewno nie dla mnie. Widzę, że opinie też się nieciekawe, więc tylko utwierdziłam się w przekonaniu.

Prześlij komentarz

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.