Jestem na nie czyli buble kosmetyczne


   Nie często piszę o nietrafionych kosmetykach, bo zazwyczaj każdy mój zakup jest dosyć przemyślany. Zdarzają się jednak kosmetyki, które mimo szczerych chęci nie chcą się ze mną zaprzyjaźnić. Od jakiegoś czasu odkładałam swoje buble żeby zebrać i pokazać Wam w jednym poście po czym ze spokojem będę mogła je wyrzucić. Lubię sobie czasem pomarudzić, więc ten post jest idealną okazją do tego.



Pierwszą pomyłką jest kryjący podkład mineralny Annabelle Minerals. O ile z kolorem trafiłam idealnie, dobrze stapia się z odcieniem mojej skóry i nie ciemniej. Na tym koniec zalet, ponieważ podkład dobrze wygląda tylko przez pierwsze 30 minut po czym waży się, tworzy na buzi efekt ciastka z zaczyna schodzić dziwnymi plamami. Próbowałam z różnymi kremami, pudrami i bez, ale nadal jest ten sam efekt. Dalej mam Lirene krem zmieniający się we fluid Magic make up czyli taki z niego magik jak i ze mnie. Po pierwsze dobrałam zły kolor chociaż początkowo wydaje się dobry, ale po kilku minutach oksyduje na totalną pomarańczę. Praktycznie nie kryje i dziwnie włazi w pory. Przypudrowany wcale nie chce się zmatowić i cały czas się błyszczy. Po kilku godzinach w magiczny sposób częściowo znika, a twarz wygląda na brudną. 

DermoFuture hialuronowy wypełniacz ust to coś o czym aż szkoda gadać. Nie spodziewałam się jakiegoś wielkiego wypełnienia u powiększenia ust, ale ten produkt totalnie nic nie robi. Używałam go codziennie przez ponad miesiąc i nie zauważyłam różnicy. Podczas aplikacji nie ma nawet tego uczucia mrowienia co w większości produktów tego typu. Uwielbiam słodyczy, więc gdy zobaczyłam deserowy balsam do ust Panna Cotta Zero Calorie myślałam, że będzie to wieka miłość, ale niestety tak się nie stało. Pomadka kosztuje jakieś 4 złote i dokładnie tak wygląda. Tandetny plastik z krzywko naklejoną naklejką. Ktoś kto tworzył ten produkt nie ma zielonego pojęcia co to jest Panna Cotta. Pomadka totalnie nie pachnie, a wręcz zalatuje czymś sztucznym co nie ma nic wspólnego z deserem. Jest dosyć twarda, ciężko rozprowadzić ją na ustach. Nie nawilża, wręcz podkreśla suche skórki. 

Uwielbiam złoty akcent na oku, wiec kiedy skończyły się moje eyelinery sięgnęłam po Essence. Przy pierwszej aplikacji zobaczyłam, że pędzelek do niczego się nie nadaje, bo wygląda strasznie. Eyeliner były nowy, a aplikator jest rozczapierzony jak szalony. Liner ma bardzo suchą konsystencje i bardzo nierówno się nakłada. Pod kilku godzinach strasznie się kruszy. Po miesiącu nie używania zasechł całkowicie. Jak kocham firmę Rimmel tak eyeliner w pisaku Scandaleyes uważam za najgorszy ich produkt jak miałam. Niby ciekawy cienki aplikator, ale narysować nim prostą kreskę nawet na ręce jest nie lada wyzwaniem. Kreska jest krzywa, nie da się dotrzeć dokładnie przy linii rzęs. Ma bardzo słaby kolor, który nie jest czarny, a szary nawet przy wielu poprawkach. Nie utrzymuje się wcale, bo po kilku minutach znika, delikatnie odbarwiając skórę czego nie idzie domyć. Puder rozświetlający Era minerals w odcieniu Shimmer Arctic to produkt, którego nie jestem w stanie zrozumieć. Jest drobi, bo kosztuje 80 złotych. Mam wrażenie, że jest to drobno zmielony brokat wsypany w pudełko. Jest bardzo suchy, sypie się wszędzie jak typowy brokat. Nie ważne czy nałożę go na sucho czy mokro bardzo rzuca się w oczy i wygląda tandetnie. Daje taki efekt jakbym nasypała na siebie brokat.

To byłoby na tyle. Może miałyście któryś z tych kosmetyków i u Was się sprawdził?


Udostępnij ten post