Rimmel Wake me up jestem na tak...


   Podkład to zdecydowanie ten kosmetyk bez którego nie wyobrażam sobie makijażu. Nie wyjdę z domu bez wyrównania kolorytu i zakrycia tego czego nie powinno być widać. Przez pierwsze dwa lata malowania się używałam podkładów matujących, ale gdy pierwszy raz użyłam rozświetlającego przekonałam się, że to zdecydowanie moje wykończenie i z matujących zrezygnowałam na stałe. 


Jedynym z najpopularniejszych podkładów rozświetlających jest Wake me up. Z produktami marki Rimmel polubiłam się na tyle, że ufam im całkowicie. Owszem zdąży się, że jakiś kosmetyk nie sprosta moim oczekiwaniom, ale chyba jeszcze nigdy nie rozczarowałam się po całości. Dlatego zdecydowałam się kupić Wake me up i sprawdzić czy zachwyty na jego temat są słuszne.


Jak chyba każdy zwracam uwagę na opakowanie i mimo, że pomarańczowy nie należy do moich ulubionych kolorów to ta buteleczka strasznie mi się podoba. Kolejnym plusem, który zauważyłam przed jego aplikacją to zapach, naprawdę pięknie pachnie! Zdecydowałam się na najjaśniejszy odcień czyli 100 ivory, który wcale tak jasny nie jest i troszkę nad tym ubolewam, ale na szczęście nie oksyduje, więc gdy delikatnie przeciągnę pędzlem po szyi nie odznacza się w ciągu dnia. Zaskoczyło mnie jego krycie, bo naprawdę bardzo dobrze radzi sobie z moimi przebarwieniami. Ma idealną jak dla mnie konsystencje dzięki czemu nie rozlewa się, nie pozostawia na twarzy smug i ładnie dopasowuje się. Daje ładny efekt na twarzy, ale nie widzę w nim brokatu o którym gdzieś czytałam. Bardzo podoba mi się jak wygląda na buzi. Lekko przypudrowany na mojej skórze utrzymuje się do sześciu godzin po czym wypadałoby go lekko przypudrować. 



Ostatnio to mój ulubiony podkład i żałuję, że nie skusiłam się na niego wcześniej. Dobrze kryje i utrzymuje się. Przy tym daje ładne wykończenie, które osobiście uwielbiam. 


Udostępnij ten post