Porozmawiajmy o...bublach!


  O bublach kosmetycznych ja zazwyczaj staram się nie mówić. Nie zdarzają mi się często i jakoś nie lubię tu marudzić i żalić się. Jednak od pewnego czasu zbierałam sobie takie mniej ulubione kosmetyki i kiedy wczoraj na nie natrafiłam  postanowiłam pokazać je na blogu i nie co opowiedzieć jak to mnie rozczarowały i co mi się w nich nie podobało.


Tuszowanie rzęs to dla mnie najgorsza część makijażu, dlatego dobry tusz to podstawa i wielkie ułatwienie. Rimmel Super Curler to mia być hit i owszem jeżeli chodzi o szczoteczkę do muszę przyznać, ze kształt jest bardzo fajny. Dalej jest już tylko gorzej. Od samego początku miałam wrażenie, że maskara jest dosyć sucha, nabierało się jej bardzo mało na szczoteczkę, a na rzęsach nie było jej praktycznie widać. Można nałożyć jej 2-3 warstwy, ale nie ma tu mowy o pogrubieniu, wydłużeniu. Ja mam wrażenie, że formuła tej maskary jest jakaś dziwna i wcale nie przyczepia się  moich rzęs. Po pomalowaniu są czarne, ale zero jakiekolwiek efektu tak jakbym nakładała hennę.
Kolejnym nieporozumieniem jest dla mnie maskara MAC in extreme dimension lash 3d. Szczoteczka ogromna, długa, ostra i ja nie umiem się czymś takich malować. Formuła tuszu to kolejna porażka, bo od początku, tusz był masakrycznie mokry i nawet po kilku miesiącach niewiele się zmieniło. Dodatkowo jest to tusz niesamowicie nietrwały. Kiedy przypadkiem potrę oko albo delikatnie mi ono łzawi mam czarny rozmazany strumień po policzku także nie, nie nie!



Usta to natomiast moje ulubiony etap makijażu, ale tutaj też znalazłam kilka bubli. Zaczniemy od Eveline i teoretycznie powiększającego usta balsamu który oczywiście tego nie robi. Ani nie wysusza ani nie nawilża. Nałożony na moje usta okropnie lepi się, ma w sobie jakieś brokatowe drobinki. Nie pojawiło sie po jego aplikacji mrowienie tak jak w większości tego typu produktów dodatkowo ma bardzo nieprzyjemny chemiczny posmak. Dalej mam pomadkę Rimmel the only 1. Wszystkie te pomadki mają dosyć intensywny zapach, który jednym się spodoba drugim nie. Nie podoba mi się ich bardzo mokre wykończenie na ustach przez które szminki wyjeżdżają poza kontur ust i trzeba się bardzo pilnować, bo rozmazują się wszędzie. Nieporozumieniem jest dla mnie też kolor  200 It’s Keeper, bo mimo pięknego brudnego różu w opakowaniu na ustach jest perłowy i wygląda jak szminka po babci z dawanych lat. Dużo dobrego nasłuchałam się także o płynnych pomadkach Lip Lava, ale również się z nimi nie polubiłam. Najwiekszy zarzut mam do odcienia nude forgiven. Na mnie wygląda on starsznie pomarańczowo, brudno i totalnie się w nim nie czuje. Dodatkowo wylewa się poza kontur ust i ściera w okropny sposób. Flamaster do ust Uma to takie wspomnienie z dawnych lat, bo kiedyś miałam takie mazaki i bardzo fajnie wrzerały się w usta, ale mimo to nie były aż tak widoczne. Postanowiłam spróbować tego typu produktu i tutaj jestem obsoluetnie na nie. Ten flamaster wcale nie zastyga, nie trzyma się ust i przy najmniejszym kontakcie z wodą wszystko się rozmazuje i zatrzymuje na zębach. 


Największym rozczarowaniem dla mnie jest osławiony korektor Bourjois helthy mix. Jedynym plusem jak ja widzę jest piękny żółty odcień i dosyć dobre krycie. Korektor niesamowicie wysusza moją okolicę pod oczami przez o po około 3-4 godzinach mam jakieś dziwne zmarszczki, których normalnie nie widać. Użyty na nos, brodę wcale się nie trzyma i tworzy w tych miejscach dziwne placki.


Na koniec najgorsze co ostatnio mi się przytrafiło czyli skarpetki złuszczające GlySkinCare. Używałam już tego typu produkty, dlatego doskonale wiedziałam jak mają działać i jak je aplikować. Nałożyłam je ponad trzy tygodnie temu i do dziś mam przesuszoną skórę. Producent zapewnia, że złuszczanie nastąpi po 7-10 dniach, ale totalnie tak nie było. Delikatne złuszczanie pojawiło się jakiś 14-16 dniach Rok temu gdy używałam skarpetki Magic Food Peel  skóra ładnie odchodziła płatami, nie było żadnych problemów. Natomiast z tymi to koszmar. Mimo częstego moczenia stóp (jak zaleca do producent), bo robię to minimum dwa razy dziennie po jakieś 30-45 minut nic się nie dzieje. Skora jest ściągnięta, przesuszona i szczerze żałuję, że zdecydowałam się na te skarpetki, bo chyba nikt nie ma ochoty na miesięczne złuszczanie skóry stóp.

















Udostępnij ten post